Britney Spears to niezaprzeczalna ikona i księżniczka popu. Jej największe single z początku kariery takie jak Toxic czy Oops I Did It Again zna każdy, zwłaszcza ten, który z muzyką za dużej styczności na co dzień nie ma. Te też bardzo często znajdowały się na wysokich pozycjach we wszystkich możliwych notowaniach, w tym na Billboardzie. Tak jednak po załamaniu w 2007 roku, powrocie na szczyt dzięki Womanizer i dwóm całkiem dobrze sprzedającym się krążkom CircusThe Femme Fatal, Britney znowu znalazła się w dołku spowodowanym dużym spadkiem popularności. Poprawę sytuacji ma zwiastować nowy album Spears — Glory, który dumnie reklamowany jako „początek nowej ery”, ma ukazać się jeszcze w sierpniu, ale czy aby na pewno będzie tak jak przedstawia to slogan?

Na ten moment z LP zostały wydane już cztery promującego go single. Make me…, Private Show, ClumsyDo You Wanna Come Over. To nimi się dzisiaj zajmiemy.

Pierwszy z nich — Make Me… został wypuszczony czternastego lipca i zestawiając go z innymi jedynkami, które miały reklamować poprzednie wydania Britney, wypada słabo. Miejsce siedemnaste w debiutującym tygodniu w rankingu the hot 100 Billboardu oraz spadek w następnym na pozycję pięćdziesiątą drugą jest niczym w porównaniu do premiery wcześniej wspomnianego Womanizer, który piastując się od razu jako numer jeden, zaliczył o wiele mniejszy drop, bo tylko na czwarte miejsce.

Patrząc na niego od strony muzycznej… nie wyróżnia się on niczym szczególnym na tle innych tego typu popowych piosenek. Ot kolejny „hit” na imprezę, o którym większość bardzo szybko zapomni. Nie mogę też przestać myśleć, że gdzieś już ten beat z refrenu słyszałem. Do głowy przychodzi mi wydany w 2011 roku Fly od Nicki Minaj.

Wokal Spears jest… okej? Britney swój prawdziwy głos straciła już na początku kariery przez ciągłe używanie dziecięcej maniery, do czego zmuszała ją jej wytwórnia. Całość potraktowana jest auto-tunem, który nie jest aż tak wykrywalny i irytujący jak w innych singlach, o czym za chwilę. Część G-Easy’iego można by całkowicie usunąć z utworu. Na niczym by on nie stracił, bo na niczym też nie zyskuje. Przynajmniej to nie Pitbull.

britney-glory
Private Show — pierwszy z trzech stricte promocyjnych singli został opublikowany czwartego sierpnia i powiedzenie, że nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, to zbyt pobłażliwe stwierdzenie. Z jednej strony piosenka ta wydaje się być po prostu niedokończona i wypuszczona, byle by coś było. Z drugiej natomiast jest wokal wokalistki. Wspominałem wcześniej o  nadużyciu korektora głosu. Jeżeli momentami w swoim dziele brzmisz jak połączenie wyrzutka z filmu Alvinwiewiórki oraz Smeagola, to wiedz, że robisz coś źle. Partie śpiewane przez artystkę chwilami są strasznie ochrypnięte i wręcz skrzeczące. Sam w sobie podkład też nie jest niczym odkrywczym. Jeżeli chodzi o pozycje na rankingach… no cóż. Spadek z miejsca szóstego na osiemdziesiąte siódme w ciągu jednego tygodnia raczej nie zwiastuje hitu. Jeśli tak wyglądają prywatne występy Britney, to ja nie wiem czy chcę się na jeden załapać.

Clumsy — Spears używa w tytule dobrego określenia na swoje nowe single, nazywając je nieporadnymi. Nie jest to poziom Private Show w skali koszmarności, ale nie jest to też wielka poprawa i gwarantowany przebój. Słychać tu chęć podbicia wszystkich dyskotek. Utwór ma w sobie ten wielki, podobny do innych piosenek drop w refrenie. Typowa popowa papka, której teraz pełno na rynku muzycznym. Jedno jest pewne. Głos naszej „księżniczki” jest tu o wiele lepszy pod względem technicznym. Auto-tune nie jest aż tak wyczuwalny i nadużywany.

britney-spears
Najlepsze zostało nam przedstawione na koniec. Wydany osiemnastego sierpnia Do You Wanna Come Over, w porównaniu do całej reszty… tego czegoś, jest naprawdę solidnym kawałkiem, który powinien zostać wypuszczony jako pierwszy prawdziwy utwór promujący Glory. Melodyjnie jest to taneczny utwór, który w przeciwieństwie do swoich poprzedników naprawdę mógłby zawładnąć parkietami na całym świecie i może mu się to jeszcze uda, jeżeli Britney zdecyduje się wydać go jako oficjalnego singla. Szybko wpada w ucho, jednocześnie nie będąc nachalnym i niepotrzebnie głośnym. Widzę tutaj potencjał. Pod względem wokalnym też nie jest tragicznie. Britney w końcu nie brzmi tak, jakby była zmuszana do śpiewania i czerpie z tego przyjemność. Gdyby cały krążek był w takim stylu, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że mógłby on zgarnąć jakieś nagrody. Nie mówię tutaj od razu o Grammy za najlepszy album roku 2016, ale jakieś pomniejsze gale np. American czy też Billboard Music Awards.

Na cztery promocyjne piosenki tylko jedna z nich jest warta czasu na przesłuchanie. Resztę, w szczególności Private Show, można odsłuchać raz, ale nie są to przykłady rzeczy, do których będziemy wracać. Ponad połowa mainstreamowych albumów, które wyszły w tym roku, przeszły bez większego echa i przebicia. Mając możliwość odsłuchania zapowiedzi nowego projektu Spears, nie widzę tutaj zbyt dużej nadziei na niedołączenie do tego grona. Ale kto wie, oficjalna premiera* całości już za trzy dni. Zobaczymy, jak to wtedy będzie wyglądać po ostatnich edycjach w studiu nagraniowym. Na ten moment „początek nowej ery” to tylko nic nie znaczący, pusty slogan reklamowy.

* Cały album wyciekł do sieci dwudziestego sierpnia i na moment pisania tego tekstu został już pobrany ponad dwieście tysięcy razy. Kolejny powód, dla którego nie zapowiada się to dobrze.

Advertisements

One thought on “„Początek nowej ery” – promocyjne single Britney Spears

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s