Nigdy nie byłem wielkim fanem One Direction. Nie trafiała do mnie muzyka wykonywana przez boysband, ale to nie ja byłem jej przewidywanym targetem. Z tego też powodu informacja o przerwie w działalności zespołu nie wydawała mi się na tyle ciekawa, by się nią zainteresować. Owszem, ostatnie single grupy: Drag Me Down i History wpadły mi w ucho, ale nie na tyle, bym został natychmiastowym fanem ich działalności.

Pozostałem biernym obserwatorem, w wolniej chwili przesłuchując nowych, solowych już wydań poszczególnych członków formacji. Były one na spodziewanym przeze mnie niskim poziomie. Pillowtalk Zayna nie jest okropne, ale daleko temu do dobrego popu, Just Hold On Louisa Tomlinsona nie zdołałem odsłuchać w całości, a This Town Nialla Horana jest… złe. Z tego też powodu ostrożnie podchodziłem do Sign Of The Time, nowości promującej debiutancki album Harry’ego Stylesa, starając się ją całkowicie ominąć. Jak wiele bym stracił, gdybym tak zrobił!

Self-Titled Brytyjczyka składa się z dziesięciu utworów. Wydanie deluxe sprzedawane w sklepach zostało poszerzone wyłącznie o książeczkę ze zdjęciami zrobionymi w czasie nagrywania płyty. Na single reklamujące wydawnictwo zostało wybrane wspomniane wcześniej Sign Of The Times oraz Sweet Creature. O nich pisałem już w przegląd singli 07.04 i 05.05. I po zapoznaniu się z całością do ich opisu mogę dodać, że wyśmienicie oddają to, czego słuchacz może się spodziewać po reszcie krążka.

Album otwiera Meet Me in the Hallway i jeżeli podczas słuchania wasze skojarzenia automatycznie skierują się ku klasycznemu rockowi, to nie będziecie jedynymi, a uczucie to nie odejdzie aż do końca płyty. Wokalnie genialne. Podkładowo poprawny throwback, uwielbiam użytą tu gitarę oraz solówkę na basie. Instrumentalnie całość mocno przypomina mi działalność uwielbianych przeze mnie The Doors, co wiąże się ze stylizacją na wspomniany wyżej gatunek muzyczny. A to dopiero początek, ponieważ kolejne utwory są równie dobre i nie byłbym w stanie wybrać tylko trzech czy czterech faworytów, tym bardziej że zostało nam tylko lub aż siedem piosenek!

harry styles - harry styles
Okładka płyty

Carolina to przyjemny, troszkę upbeatowy numer, który kontynuuje zakreśloną przez Meet Me in the Hallway stylizację. Do całości świetnie pasują wstawki w tle oraz często powtarzana przez Stylesa w refrenie fraza la la la, która zazwyczaj irytuje, ale tu sprawdzają się idealnie.

Two Ghost — druga ballada na debiucie Brytyjczyka. Typowy break-up song, ale zrobiony dobrze (patrzę na Ciebie Sheeran). Głos Stylesa odnajduje się znakomicie w tego typu aranżacji.

Only Angel niespodziewanie, bo pierwsze sekundy na to nie wskazują, przerywa początkowe spokojne brzmienia płyty, dając słuchaczom odrobinę rockowego szaleństwa, które wręcz wylewa się z następnego kawałka — Kiwi. W obydwóch piosenkach podoba mi się perkusja. Znajdujące się w Only Angel liczne wyrażenia ooh-ooh-hoo mogą być swoistym nawiązaniem do klasyku Don’t Bring Me Down Electric Light Orchestra. Uwielbiam refreny obu utworów, szybko wpadają w ucho, szczególnie ten z Kiwi. Jakim cudem takie coś wyszedł od członka One Direction i gdzie się to wcześniej chowało? Zdecydowana perełka.

Ever Since New York kupiło mnie od razu nawiązaniem do mojego ulubionego miasta.  Odkładając żarty na bok, jest to kolejna fantastyczna, odrobinę folkowa ballada, w której na pierwszy plan wysuwa się wokal Stylesa,  co kontynuuje Woman — równie świetny, trochę żywszy numer. Wystrzałowe solo, tylko po co te odgłosy kaczki w tle?

Płytę zamyka From The Dining Table i jest to chyba, zaraz po Sign Of The Times, mój ulubiony powolniak z całego albumu. Wszystko jest w nim idealne: cudowny głos Brytyjczyka połączony z rewelacyjnym podkładem zbudowanym głównie na gitarze, a do tego bardzo dobry tekst i sposób jego zaśpiewania.

harry-styles-graham-norton-2017-billboard-1548
Harry Styles — 2017

Nie da się zaprzeczyć, że Harry Styles to płyta rockowa. Wszystkie piosenki są wręcz przesiąknięte motywami klasyków tego gatunku, szczególnie z późnych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Zabieg w porównaniu z poprzednimi dokonaniami wokalisty  One Direction niespodziewany, ale to dobrze. Dzięki temu starsi fani mogą poznać nową odsłonę swojego idola, a osoby, które wcześniej nie miały do czynienia ze Stylesem, odkryją go już jako pełnoprawnego artystę. Spośród dziesięciu kawałków ponad połowa to ballady, ale w przeciwieństwie do innego wydanego w tym roku krążka, jakim było Divide Eda Sheerana, te są zrobione dobrze, nie na jedno kopyto. Wokalnie nie mam się do czego przyczepić, tym bardziej że były członek 1D świetnie radzi sobie na żywo! Na pochwałę zasługuję też fakt, że Styles brał czynny udział w produkcji swojego debiutanckiego wydawnictwa, współtworząc wszystkie utwory.

Self-Titled Harry’ego Stylesa to bardzo dobry album, który polecam do przesłuchania każdemu. Jest to najlepszy solowy debiut spośród wszystkich członków One Direction i jeżeli cała kariera młodego Brytyjczyka będzie szła w takim kierunku, to szykują nam się bardzo dobre płyty i kto wie, może i nagrody grammy. Nie obraziłbym się, jakbym w grudniu zobaczył nominację za najlepszy debiut!

 

Reklamy

15 thoughts on “Harry Styles — Harry Styles.

  1. Pozytywne zaskoczenie. „Kiwi” na żywo wymiata – wykonane fachowo i z charyzmą. Po pobieżnym przesłuchaniu płyty, wydaje mi się, że jest mocno zakorzeniona w muzyce z wysp. Porządna, świadoma robota, choć dla mnie odrobinę nudnawa.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Nie do końca do mnie przemawia słuchanie boysbandu, ale może i warto posłuchać, gdyż niektórzy soliści wywodzący się z takich grup nieźle śpiewają. Nie napiszę więcej, gdyż nie znam utworów. W wolnej chwili spróbuję przesłuchać choć kilka może wówczas będę mieć własne zdanie. Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Polubienie

    1. Zdarzają się tego typu zespoły, które formują się do nagrania jednego lub więcej albumów. Istnieje w przemyśle muzycznym określenie „supergroup”, które nazywa wszystkie takie przypadki. Przykładem tego typu bandu może być np. Fun., w latach 60 Cream, Foo Fighters lub nawet Queen + Adam Lambert.

      Polubienie

  3. Kiedy usłyszałam Sign Of The Times zamarłam. dawno nie słyszałam tak dobrego numeru w muzyce popularnej. Ale jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się kto daje wokal. To się nazywa progres.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Skoro nie Twoja muzyka, to skąd wiesz czy recenzja jest udana?
      Co jeśli „This Town” Nialla Horana jest najpiękniejszą piosenką na świecie?

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s